Bankierzy na bankiecie

W Polsce pokutuje stereotyp, że kultura wysoka gryzie się z pieniędzmi. Polityka kulturalna kuleje. Państwo nie wspiera sztuki, bo brakuje środków na emerytury, o spektaklach teatralnych już nie wspominając. Jednak gdy do teatru próbuje wkroczyć elita biznesu, „koneserzy” podnoszą larum.

Wyprodukowałem spektakl „Kopenhaga” w Teatrze IMKA. Skomponowałem scenę i widownię. Wydałem dla ludzi elegancki bankiet. I co? „Koneserzy” dyskutują o langustach i szampanie, rzekomo zniesmaczeni, choć wcześniej zajadali z apetytem. O meritum rozmawiają za to zaproszeni na premierę biznesmeni.



O „Kopenhadze” myślałem od dawna. Zależało mi na tym, żeby wystawić ją w Polsce. Marzyłem, żeby wesprzeć teatr intelektualny, teatr konwersacyjny – w tym sensie, że zredukowany do tego, co jest w teatrze najważniejsze, a mianowicie do rozmowy z widownią. Postawiłem na eksperyment: zaangażowałem się w produkcję spektaklu, ale i w projektowanie oprawy wydarzenia. Komponowanie nie tylko tego, co dzieje się na scenie, ale widowni, która wciągnie się w tak wymagające przedsięwzięcie.

Polski teatr współcześnie przeżywa kryzys, przede wszystkim z powodu braku źródeł finansowania. Bez wsparcia nie da się robić ambitnej sztuki, elitarnej w tym sensie, że docierającej do określonej i stosunkowo wąskiej widowni. Lepiej radzą sobie przedsięwzięcia nastawione na masy, komercyjne. Z kolei rząd oraz instytucje publiczne wspierają polski teatr coraz słabiej.

Jest takie powiedzenie amerykańskie: każdy pieniądz ma swój głos. Dzisiaj na deskach polskiego teatru przemawia tylko jeden, coraz bardziej słabnący i monotonny głos państwa. Chciałbym, żeby na tych deskach, na tych scenach polskiego teatru przemawiało wiele głosów. Sam fakt, że będzie ich wiele, już da różnorodność, bo każdy głos jest inny. To niesie głębie i kolor, rozpiętość oraz możliwości.

Postanowiłem dać przykład potencjalnym sponsorom sztuki, robiąc to samemu. Pokazując, że oto ja, biznesmen, przynoszę w darze sztukę dialogu. Sztukę, która nie zajmuje się wydzieraniem aktorskich trzewi i „odnajdywaniem siebie” przez autorów, ale skupia się na angażującej intelektualnie rozmowie. W dodatku – jednej z najważniejszych rozmów w historii świata. Uważam, że żyjemy dzisiaj pod chmurą nuklearną i ta chmura już nigdy nie odejdzie, a staje się coraz bardziej ciemna i groźna. Mówienie, że to nie jest poważny temat, jest jakimś idiotyzmem.

Zaprosiłem na premierę „Kopenhagi” przyszłość polskiej gospodarki. Młodych – żadnych oligarchów. Trzydziesto-, czterdziestolatków. Polaków, którzy kształcili się w Oksfordzie i Harvardzie, którzy bywają w West Endzie, na Broadway’u i w Paryżu. Do tego pisarze i eseiści, jak Janusz Głowacki czy Michał Komar. Wybitne postaci kształtujące polską myśl polityczną i gospodarkę, jak: Michał Boni czy Jan Krzysztof Bielecki. Była Nika Bochniarz, przyszła Janina Paradowska, która napisała również wstęp do programu spektaklu. Byli intelektualiści, naukowcy tacy jak Michał Kleiber. Zbyt wielu, żeby wszystkich wymienić. Żadnych celebrytów, znanych tylko z tego, że są znani.

Po spektaklu zrobiłem dosyć wykwintne przyjęcie, na którym serwowano langusty i szampana. A co miałem podać elicie biznesu? Hamburgery? Potem przeczytałem artykuł pewnej dziennikarki, która – choć langusty pochłaniała na przyjęciu zawzięcie – napisała, że nie da się przekupić jedzeniem. Czyli co, jak spektakl jest ambitny, to po nim powinienem poczęstować gości starym winem i suchą bułką?

Ambitni dziennikarze skupili się na menu. Biznesowi goście na sztuce. Byli zachwyceni Fryczem, Popławską oraz Woronowiczem, dyskutowali o spektaklu. Bo nie są zaściankowi: sztuka interesuje ich bardziej niż jedzenie oraz cena dekoracji.

Przeczytałem artykuł, w którym ktoś sugeruje, że Polacy nie dorośli jeszcze do takiego teatru, jak „Kopenhaga”. Że to, co pójdzie w Londynie czy w Nowym Jorku, to jeszcze nie dla polskiej widowni. A ja uważam, że polski widz zasługuje na to, co najlepsze. Polski teatr wyrósł na Grotowskim. Polski teatr ze swej istoty jest ambitny, jest masa wybitnych twórców i aktorów. Brakuje tu tylko pieniędzy.

Pieniądze wciąż budzą w Polsce niezdrowe emocje. Trzeba krytykować każdego, komu się powodzi. Sukces to zawsze podejrzana sprawa, zawsze osiągnięta czyimś kosztem... W Stanach, gdzie się kształciłem i pracowałem, panuje pojęcie, że sukces tworzy nowe możliwości, nową rzeczywistość. To wartość dodatkowa, z której wszyscy mogą skorzystać. Ja chciałbym podzielić się moim sukcesem, jakikolwiek on jest. Chcę wspierać sztukę i namawiać do tego innych. A czy się to „koneserom” podoba, czy nie, będę produkował sztuki, bo chcę i mogę.
Trwa ładowanie komentarzy...